Adeptów Sztuk Tajemnych Niewesołe Przypadki

Akt 1: Skok na głęboką wodę

Krwawe początki krwawej przygody

Zaczęło się w Altdorfie, wśród ryku trąb i wiwatów burżuazji, stłoczonej przy głównej promenadzie, przez którą przetaczała się cesarska defilada. Zastępy zwycięskich wojsk, z rycerzami białego wilka na czele, maszerowały dumnie ku katedrze Sigmara, z głowami uniesionymi wysoko i sztandarami powiewającymi na wietrze, podczas gdy rozochoceni mieszczanie wyglądali na niech z każdej uliczki i okiennicy, wznosząc triumfalne okrzyki i sypiąc kwiatami na prawo i lewo.

Strudzeni żołnierze wracali strudzeni po długich miesiącach zażartych bojów o przełęcz czarnego ognia, niosąc ze sobą zdobyczne chorągwie, głowy, skóry i kosze języków pokonanych bestii, które spocząć miały u stóp złotego posągu Młotodzierżcy. Ci spośród triumfujących o szlachetnej krwi unosili nosy szczególnie wysoko, gdyż oprócz tradycyjnego błogosławieństwa czekały ich jeszcze tytuły i nadania ziemskie z rąk jego Cesarskiej mości Karla Franza.

Ludzkość przetrwała kolejny dzień. Bogowie zdmuchnęli drzazgi z szachownicy i zaczęli układać szeregi nowych pionków.

Tym razem zażarty bój o tysiące niewinnych dusz miał toczyć nie na ubitym polu, wśród huku armat i szczęku oręża, lecz w mroku i głębokiej konspiracji. Nie siła mięśni miała zaważyć o zwycięstwie i porażce, lecz intelekt, siła woli, opanowanie i zdrowy rozsądek.

Zew przygody naturalnie pierwszy upomniał się o jednego z najbardziej niesławnych hulaków Altdorfu – Hellenboldusa Inquarta-Brunnera, studenta Kolegium Jadeitu, który zyskał sobie przychylność kolegów po fachu i dziką wściekłość wykładowców poprzez notoryczne wykorzystywanie niebezpiecznych, nadprzyrodzonych mocy do tworzenia wszelakiej maści środków odurzających.

Drugą osobą wybraną przez los stała się Desdemona Krebs. Dawniej skromna dziewczyna z prowincji, którą zadufani w sobie Altdorfczycy lekceważyli z powodu prostego pochodzenia, obecnie adeptka Szarej Magii, zgłębiająca sekrety umysłu i iluzji w labiryntach Kolegium Cieni, przed którą zabobonni mieszczanie kłaniali się tak nisko, że aż szorowali nosami po bruku.

Następnie kolej przyszła na Aver Gostahoffer – dziką diablicę o ponurej reputacji, o której chodziły niesprawdzone plotki, jakoby piła zwierzęcą krew, a w dzieciństwie wychowywana była przez wilczycę w ludzkiej skórze. Jakkolwiek osobistość ta rodziła w większości miejscowych zdrowy lęk i niepokój, przyjęła się w doskonale w Kolegium Bursztynu, gdzie znajomość dziczy i empatia do mieszkańców lasu leżały u podstawy zgłębianej tam magii.

Żadna większa awantura naturalnie nie mogła obyć się bez Gretel Vanderreyden. Adeptka Kolegium Płomienia co prawda od dłuższego czasu starała się nie zwracać na siebie uwagi, jednak jej przeszłe ekscesy skutkujące spopieleniem rodzimej wsi i interwencją Łowców Czarownic zapadły głęboko w pamięć Altdorfczyków, którzy obchodzili ją szerokim kołem przy każdej sposobności.

Ostatnim z wątpliwych czempionów bogów i losu był Jacob Hanzel, przybyły do stolicy z Marienburgu – członek rodziny nieustraszonych kupców i szkutników, który jeszcze we wczesnych dzieciństwie zdradził żyłkę nadprzyrodzonej mocy, obserwując gwiazdy nawet w biały dzień i przeżywając w snach nieprawdopodobne, czasem to piękne, a czasem przerażające wizje, co naturalnie przyciągnęło uwagę Kolegium Niebios, które starannie ukierunkowało rozwój młodzieńca i uratowało jego umysł przed zakusami sił Chaosu.

Piątkę aspirujących czarodziejów wezwano do niezwłocznego stawiennictwa w Kolegium Bursztynu – jedynej siedzibie czarodziejów, która mieściła się poza Altdorfem, wśród wzgórz i lasów, do których zwykli śmiertelnicy nie ważyli się zbliżać. Tam, w najgłębszej z jaskiń, gdzie wyryto w skałach zakazaną wiedzę, której nie można było spisać i wynieść na zewnątrz, grupa spotkała się z dwójką swoich mistrzów – Setantą, patriarchą Kolegium Bursztynu oraz Reinerem, patriarchą Kolegium Cienia.

Starsi magistrowie zlecili swym podopiecznym nietypową misję. Ich dawna towarzyszka – Adela von Berg, oraz jej prywatny nauczyciel, Esmer, przepadli jak kamień w wodę. Wiekowa szlachcianka brała swego czasu nauki w Kolegium Cienia, jednak z uwagi na jej stan wiedza ta nie była powszechnie rozpowszechniana – zarówno czarodzieje, jak i wysoko urodzeni woleli nie łączyć w umysłach zabobonnego ludu swych fachów, a już na pewno nie w przypadku tej konkretnej osobistości. Choć bowiem Reiner podszedł do tematu wybitnie dyplomatycznie, Setanta nie słodził ani trochę, ujawniając despotyczne zapędy i chimeryczne usposobienie niedoszłej czarodziejki. W związku z zaginięciem towarzysze otrzymali proste zadanie – usunąć wszelki ślad nadprzyrodzonych mocy z posiadłości Bergów, nim wiedza o jej kontaktach z Kolegiami ujrzałaby światło dzienne.

Podróż do rzeczonych włości – Dziewięciu Zębów – przebiegła bez większych rewelacji, jednak już chwilę po dotarciu pojawiły się pierwsze problemy. Obiecany przez patriarchów donosiciel – Orvin, stary zarządca Adeli – znaleziony został w dybach, na placu w centrum Miedzianego Zęba, jednej z części składowych domeny Bergów. Choć towarzyszom udało się go uwolnić przy pomocy sprytnej dywersji, na skutek długiego więżenia biedak nie był w stanie udzielić zbyt szczegółowych informacji. O zniknięciu Adeli niewiele wiedział, uchylił jednak rąbka tajemnicy jeśli chodzi o reakcję ludu, który w stanie bezwładzy posunął się do samosądów i aktów przemocy na jej dawnych sługach. Adepci dowiedzieli się ponadto, że w okolicy już buszowała pretendentka do dziedzictwa – Lucia von Kessler, “piąta woda po kisielu”, to jest daleka krewniaczka roszcząca sobie prawa do spadku, aktualnie przebywająca w Srebrnym Zębie i zadziwiająca miejscowych upodobaniem do ksiąg, malarstwa i innymi, niespotykanymi na głębokiej prowincji zainteresowaniami. Drugi pretendent – świeżo naturalizowany bękart Adeli – Eryk, jeden z Rycerzy Białego Wilka świętujących zwycięstwo w stolicy, miał wkrótce się zjawić i wykłócać o swoje prawa do osieroconego majątku.

Pierwszą noc drużyna spędziła w Szalonym Karpiu – położonej nieopodal głównego magazynu oberży, w której gościł tłum kupców ze wszystkich stron świata, zjeżdżających w oczekiwaniu na zbliżające się zbiory. Korzystając ze sposobności Gretel zaciągnęła języka u miejscowych, wydobywając od nich garść nowych informacji. Potwierdziła się gorąca nienawiść, jaką mieszkańcy Dziewięciu Zębów darzyli swoją dawną panią, jednakże nie było zgody co do tego, jaki spotkał ją los. Jedni mówili o spisku, inni o zemście bogów, jeszcze inni kreowali wymyślne opowieści rodem z pijackich piosenek. Jedno było pewne – na skutek wieloletnich rządów żelaznej ręki i przytłaczających podatków, majątek hrabiny potraktowany został jako dobro zrabowane, który mieszkańcy okolicznych wiosek postanowili czym prędzej odzyskać. Zdając sobie sprawę, że rozkradanie majątku może doprowadzić do zdemaskowania Adeli jako adeptki sztuk tajemnych, drużyna czym prędzej wyruszyła do głównej siedziby Bergów – Złotego Zęba, wiekowego dworu usytuowanego na zalesionym wzgórzu, z dala od siedzib ludu.

Po połowie dnia marszu przez pola, sady i pastwiska, drużyna trafiła do celu. Z miejsca dały się poznać oznaki przemocy – żelazna brama odgradzająca dwór od świata zewnętrznego była wyłamana, a w pobliskim rowie tkwiły zwęglone szczątki powozu. Nie mając pewności co do bezpieczeństwa obranego szlaku, Jacob zwrócił oczy ku gwiazdom, widzianym tylko przez niego w biały dzień, próbując wyczytać z nich jakieś wskazówki co do obranej drogi – te niestety tym razem mu nie pomogło. Ruszając ostrożnie naprzód, drużyna szybko się przekonała, iż istotnie, nie jest na wzgórzu osamotniona – obserwujący trakt ze szczytu kamiennego muru nieznajomy przyuważył zbliżającą się kompanię i czmychnął czym prędzej między otaczające posiadłość drzewa.

Główne wejście do sędziwego, obrośniętego gęsto bluszczem dworu okazało się zaryglowane, zaś na sugerowaną przez Gretel wspinaczkę nikt specjalnie nie miał ochoty. Zamiast tego ekipa zakradła się między budynki gospodarcze, próbując dostać się do budynku poprzez jedne z bocznych drzwi. Także i te wejście okazało się jednak zamknięte – co gorsza zaś, po drugiej stronie dało się posłyszeć czyjąś obecność.

Po ostrej wymianie zdań i bezowocnej próbie wyważenia drzwi, drużyna postanowiła przejść do środków drastycznych. Wyczuwając wzmocnioną siłę okolicznych Wiatrów Magii, niewątpliwie świadczących na przesiąknięciu dworu mocami nadprzyrodzonymi, Gretel zebrała większe niż normalnie by było to dla niej możliwe moce i ni mniej, ni więcej, jak wysadziła w powietrze irytującą przeszkodę, a wraz z nią dwóch ryglujących ją w pośpiechu nieznajomych. Jeden zginął na miejscu, drugi wyleciał z nieludzkim wrzaskiem na zewnątrz, trawiony żywym ogniem. Zdzielony kijem przez nieustraszoną piromankę (która starła się z nim na osobności, podczas gdy reszta kompanii uszła w panice na boki), oddał ducha na gołej ziemi.

Słysząc paniczny odwrót kolejnego nieznajomego, młodzi adepci sztuk tajemnych pognali w ślad za nim z mordem w oczach, mijając kolejne rozkradzione, doszczętnie zdewastowane pomieszczenia. Uciekinier przyczaił się w malutkim, prywatnym gabinecie, zastawiając się przy drzwiach z włócznią. Nieustraszona Gretel po raz kolejny przejęła inicjatywę, wkraczając dziarsko do środka i rozbrajając nieznajomego uderzeniem kija, jednocześnie przyprawiając go o otwarte złamanie dłoni. Podczas gwałtownego, energicznego przesłuchania, szybko wyszło na jaw, iż nieznajomi byli zwyczajnymi szabrownikami – wieśniakami z okolicy, którym udzieliła się wszechobecna gorączka złota. Orientując się, iż ma do czynienia z prostym człowiekiem pracującym ciężko na przetrwanie rodziny, Gretel wspaniałomyślnie postanowiła nie odrąbywać mu połamanego palca wraz ze skradzionym pierścionkiem, a nawet zasklepiła sączącą krew ranę magicznym ogniem.

Zostawiając szabrownika związanego i zakneblowanego w szafie, drużyna zaczęła przeszukiwać zrujnowany dwór. Popis swym mocom dała tu Aver, która wywołała z ukrycia szczura, przepytując go następnie w mowie zwierząt. Szkodnik nie potrafił co prawda odpowiedzieć na szczegółowe pytania niedoszłej czarodziejki, nie rozumiejąc ludzkich pojęć takich jak “ród”, czy “szlachcic”, ale ujawnił obecność dziwnej, nadprzyrodzonej mocy, która roztaczała się w szklarni po drugiej stronie dworu. Zwierzę, choć początkowo zyskało sobie wielką sympatię drużynowych czarokletek, szybko ją utraciło, gdy tylko okazało się, że jest mutantem o rozdwojonym języku i nadnaturalnie rozrośniętych zębach. Odwróciwszy uwagę szkodnika rzuconą na bok kiełbasą, drużyna wznowiła poszukiwania.

Schodząc na niższe piętro, drużyna szybko przeczesała tamtejsze pomieszczenia. Poza paroma klamotami towarzyszom nie udało się odnaleźć niczego wartościowego – wszystkim z wyjątkiem Desdemony, która obstukując podłogi odkryła przeoczoną przez rzesze kolejnych rabusiów skrytkę. W środku ukryte były trzy dziwne, hebanowe pudełeczka, każde z wymalowanym na czerwono okiem. Dwa okazały się puste, nie licząc resztek dziwnego, ciemnego pyłu, trzecie zaś wypełnione było po brzegi tą właśnie substancją, zaś oprócz niej ukryte w nim było także pojedyncze, dziwne ziarno, wielkie niczym pestka śliwki, a przy tym gładkie i połyskujące niczym obsydian. Krótka inspekcja z wykorzystaniem mocy nadprzyrodzonym zdradziła towarzyszom, iż mają do czynienia ni mniej, ni więcej, jak ze startym na proch Spaczeniem – plugawą substancją znajdowaną u kultystów Chaosu, mutantów i innych szaleńców, którym nie straszne było skażenie ciała i duszy. Ziarna nie dało się zidentyfikować.

Rafinowany Spaczeń był co prawda mniej szkodliwy, niż ten w surowej postaci, jednakże dla świętego spokoju pudełka owinięto szmatami i wciśnięto do rąk Hellenboldusowi, który z niewiadomych przyczyn popadł w stan amoku i zwyczajnie nie potrafił zaprotestować.

Orientując się, iż na dworze działają nieczyste moce, towarzysze czym prędzej pognali do ogrodu, mijając po drodze watahy kolejnych szczurów, które zwabione zostały obietnicą mięsa i obserwowały ich z ciemności paciorkowatymi oczami. Na miejscu zastali szklarnię w stanie kompletnej dewastacji. Początkowo wydawało im się, iż wszelkie posadzone tam rośliny zwyczajnie uschły. Krótka inspekcja zdradziła jednak, iż w rzeczywistości coś wysysało siły z całego ogrodu, powolutku zabijając okoliczną florę. Było to drzewo – dziwne, ogromne, o srebrzystej korze, pełne wielkich owoców, wyglądających niczym jabłka z pojedynczym, pionowym wgłębieniem pośrodku. Dostrzegając kryjące się między liśćmi cierpnie i wyczuwając bijącą od rośliny nieczystą aurę, towarzysze postanowili dokonać jego inspekcji z zachowaniem bezpiecznej odległości.

Zarzucając na wiszącą nisko gałąź linę z hakiem, spróbowali strząsnąć na ziemię rosnące na niej owoce. Drzewo broniło jednak swych skarbów z zaskakującą mocą, zmuszając towarzyszy do zbiorowego wysiłku. Kolejne szarpnięcia nie przyniosły skutku, jeśli nie liczyć strużki cieczy, sączącej się ze szpary w najbliższym owocu…

…który okazał się być okiem – upiorną gałą o purpurowych, opalizujących źrenicach. Nim drużyna zorientowała się co się dzieje, upiorne drzewo zdążyło się w pełni przebudzić. Setki otwieranych gwałtownych oczu omiotły przerażonych czarokletów nienaturalnym spojrzeniem, wiatry magii odwrócili się, nie pomagając już więcej, lecz aktywnie przeszkadzając w splataniu zaklęć, zaś obumarłe rośliny jakby ożyły, wijąc się niczym macki i próbując pochwycić intruzów. Towarzysze czym prędzej dali dyla do dworu, jednak szybko zorientowali się, że zapędzili się w ten sposób w pułapkę – budynek opleciony był w końcu bluszczem, który pokrył się teraz cierniem i zaczął rozrastać w zastraszającym tempie, zgniatając cegły i drewniane podpory. Uciekając w kierunku wysadzonych wcześniej w powietrze drzwi, drużyna zdołała opuścić dwór w ostatniej chwili – Aver i Gretel, które zamykały pochód, padły jednak ofiarą bluszczu, który oplątał ich nogi. Adeptka Magii Bursztynu czym prędzej skorzystała ze swoich mocy, odlatując na bok w postaci kruka, cudem splatając zaklęcie przemiany na przekór zakłócających jej moc emanacji upiornego drzewa. Gretel z drugiej strony nie była w stanie ukończyć zaklęcia, w związku z czym zwyczajnie sięgnęła po porzucony przez jednego z szabrowników topór i wyrąbała nim sobie drogę na wolność.

Umknąwszy z potrzasku, towarzysze doszli do wniosku, że nie mogą kontynuować ucieczki – drzewo było niewątpliwym i niezaprzeczalnym dowodem nie tylko na obecność magicznych mocy w okolicy, ale także spaczenia Chaosu. Poczuwając się do swoich obowiązków, towarzysze okrążyli dwór z przeciwnej strony i przeszli się do kontrataku, obrzucając zrujnowaną szklarnię płonącymi żagwiami. Początkowo wydawało się to być strzałem w dziesiątkę, gdyż powysychane rośliny błyskawicznie zajęły się ogniem. Upiorne drzewo nie dało jednak łatwo za wygraną. Rozsuwając na boki zwały gleby dźwignęło się z ziemi niczym powalony ogr, balansując na wijących się niczym macki korzeniach. Srebrzysty pień rozdarł się szeroko, ujawniając olbrzymią, najeżoną zębami paszczę, zaś odrzucona na bok hałda zaczęła się ruszać, przybierając dziwny, demoniczny kształt.

Nim manifestacja dobiegła końca, adepci sztuk tajemnych zaatakowali po raz kolejny. Desdemona rozdmuchała płomienie potężnym podmuchem wiatru, zaś Gretel doprawiła dzieła zniszczenia kolejnym ognistym pociskiem. Tych razów upiorne drzewo już nie przetrwało – wydając z siebie ostatni, przeraźliwy ryk, padło na ziemię z łoskotem, zaś przywoływany przez nie demon nie zdołał przedrzeć się do świata rzeczywistego, zostawiając za sobą jedynie dymiący kopiec. Drużyna odniosła zwycięstwo.

Pragnąc raz na zawsze pozbyć się wszelkiego śladu nieczystych mocy, towarzysze postanowili raz jeszcze przeczesać dwór, konkretniej zaś nie przeszukane do tej pory piwnice. Przedtem jednak, zaalarmowani agonalnym wrzaskiem dobiegającym z góry, wrócili jeszcze do gabinetu, gdzie znaleźli szczątki związanego wcześniej szabrownika, aktualnie pożeranego przez watahę zmutowanych szczurów.

Ignorując scenę kaźni, czym prędzej pobiegli do piwnic. Po drodze Desdemona wykryła w wypełniającym budynek, gryzącym dymie, obecność mutagennych wyziewów, co zmusiło towarzyszy do zakrycia sobie twarzy zamoczonymi szmatami, byle tylko choć na chwilę ochronić się przed jego szkodliwym działaniem.

Zgodnie z przewidywaniami w następnym odkryciu nie było niczego przyjemnego. Przyświecając sobie w ciemności świecami, kompani natrafili na szereg przykutych do ścian, okropnie zmutowanych i zmasakrowanych zwłok o chorobliwie rozdętych gardłach. Obecność kosza z owocami podobnymi do tych od upiornego drzewa – w tym wypadku jednak większych, najwyraźniej pochodzących z innego źródła – zdradzała czym karmiono nieszczęśników.

Ryzykując postradaniem zmysłów drużynowe czarokletki zabrały się za bliższą inspekcję. Aver i Gretel nie wytrzymały psychicznego napięcia i skończyły wyjąc się na ziemi we własnych wymiocinach. Jedynie Desdemonie starczyło sił, by dokończyć dzieła – zaowocowało to odnalezieniem pokiereszowanych alembików i alchemicznych szkieł, a także zamkniętej skrzyni, którą towarzysze postanowili zabrać ze sobą.

W trakcie powrotu na powierzchnię drogę zagrodziły im szczury. Horda wygłodniałych, zmutowanych, zostawiająca za sobą krwawe ślady stworów, z mordem w oczach wypatrywała nowych ofiar. Aver uplotła kolejne zaklęcie, zmuszając zmutowane szkodniki najpierw do odwrotu, a potem do wskoczenia w żywy ogień.

Rozprzestrzeniający się na cały dwór pożar utwierdził drużynę w przekonaniu, że tajemnica działających w tym miejscu mocy zostanie zachowana. Po nabraniu bezpiecznego dystansu nadszedł czas na inspekcję wywleczonej z piwnicy skrzyni. Próby wyważenia i roztrzaskania zamka spełzły na niczym – dopiero przepalenie go przez Gretel pozwoliło ciekawskim adeptom na skontrolowanie zawartości.

W środku odnaleziony został worek dziwnych, srebrnych monet z bliżej niezidentyfikowanego kraju, rytualny sztylet z rubinem i gardą w kształcie gwiazdy Chaosu, osobliwe pokreślona mapa okolicy oraz przerażająca, naszpikowana kolcami maska ze srebrnego drewna, bez wątpienia należącego do drzewa podobnego do tego spalonego chwilę wcześniej w szklarni. Drużyna nie potrafiła odgadnąć działania tego ewidentnie spaczonego mocami Chaosu artefaktu, w związku z czym zrobić można było tylko jedno.

Aver założyła ją na siebie.

Momentalnie uderzyła ją upiorna wizja świata wypaczonego przez Chaos, odbicia jej własnej rzeczywistości odmienionej przez piekielne moce. Spokojny las jawił się jako domena szaleństwa, w której każde zwierzę, roślina, a momentami nawet byle kamień obserwował ją upiornymi oczyma i sięgał w jej stronę najeżonymi kolcami mackami. Kłucie na skroniach i policzkach, a także potężne napięcie w głębi umysłu uświadomiło czarodziejce, iż każda chwila poświęcona obserwacji tej dziwnej, odmienionej wersji jej świata, wymaga zmagania się z mocami zaklętymi w masce, zaś porażka kosztować ją mogła brutalnym okaleczeniem.

Zauważając opalizujące, niewidoczne gołym okiem ślady, biegnące z dworu gdzieś hen w siną dal, postanowiła jednak odłożyć ściągnięcie artefaktu na później i poświęciła się badaniu nowego tropu.

Obserwujący Aver towarzysze, na widok jej pijanego chodu szybko zorientowali się, że szykuje się coś złego. Nim jednak zdołali przemówić jej do rozsądku, adeptka Bursztynu po raz kolejny przybrała postać kruka i pomknęła za eterycznym tropem. Niepomna pełnych przerażenia okrzyków przyjaciół, Aver wzniosła się ponad korony spaczonych drzew, aż wreszcie wypatrzyła potężną, magiczną aurę, odbijającą się wielką łuną gdzieś daleko na horyzoncie.

Niestety tak długie zmagania z plugawym artefaktem nie mogły skończyć się inaczej, jak tylko drastyczną w skutkach katastrofą. Straciwszy na moment koncentrację, Aver nie zdołała utrzymać w ryzach emanującej z maski magii. Paraliż wywołany potokiem chaotycznych mocy uniemożliwił jej dalsze utrzymywanie zaklęcia przemiany, przywracając jej ludzką postać w trakcie lotu ponad koronami drzew. Otaczające jej twarz kolce gwałtownie rozrosły się, wbijając się głęboko w miękkie ciało, niczym jakieś wymyślne narzędzie tortur, wydzierając jej z ust nieludzki wrzask. W bezwolnym odruchu adeptka spróbowała jeszcze chwycić się pobliskiej gałęzi – niestety owa ostatnia, desperacka próba ratunku spełzła na niczym.

Spadając ku ziemi, zalewana potokami własnej krwi i sparaliżowana bólem, z twarzą rozrywaną przez spaczony artefakt, Aver poczuła jak gdyby świat zwolnił, wyhamował. Wspomnienia stare i nowe przemknęły jej przed oczami, a wraz z nimi jakieś dziwne, czasem straszne, a czasem piękne wizje przyszłości. Balansując na granicy snu i jawy dostrzegła, iż nie może tutaj zginąć, że ma przed sobą ważne dla świata przeznaczenie, które musi koniecznie wypełnić. Wiedziała, że jeśli odda w myślach krótką modlitwę i złoży swój los w ręce bogów, jej życie zostanie zachowane i będzie mogła kontynuować swą rolę w ich wielkim dziele.

Po namyśle postanowiła zdać się jednak na własne szczęście.

To naturalnie ją zawiodło. Bursztynowa czarokletka zwaliła się na ziemię z hukiem godnym krasnoludzkiej armaty, pechowo padając na wyciągniętą nogę, która złamała się z obrzydliwym trzaskiem niczym zapałka, odsłaniając kości i czerwone od posoki mięso. Oszaleli ze strachu towarzysze momentalnie dopadli swą powaloną towarzyszkę, próbując desperacko zahamować krwotok i bezskutecznie siłując się ze srebrzystą maską, która za nic w świecie nie chciała puścić rozoranej twarzy swojej najnowszej ofiary.

Bogowie zarysowali czubek wysuniętego daleko poza swój szereg pionka.

Comments

michalrosa1988

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.